Kononowicz
w Nałęczowie 1950-1954
Taki tytuł nosi wystawa przygotowana przez Dorotę Kubacką
i Annę Wziątek w salach Muzeum Bolesława Prusa. Organizatorami
prezentacji z okazji 95-lecia założenia Towarzystwa Przyjaciół
Nałęczowa i 35-lecia jego reaktywowania są Muzeum Bolesława
Prusa oraz Towarzystwo Przyjaciół Nałęczowa. Prace artysty
stanowiące fragment kolekcji Muzeum Lubelskiego przywołują
pamięć malarza, który na początku lat pięćdziesiątych
XX wieku był mieszkańcem Nałęczowa, a później z pobliskiego
Kazimierza i Lublina często tu przyjeżdżał. W zaproszeniu
na otwarcie wystawy (8 listopada 2005 r.) znakomitego
kolorysty zamieszczono fragment wspomnień prof. Akademii
Sztuk Pięknych w Warszawie, Mariana Nowińskiego, przytaczającego
smakowitą anegdotę:
[...]
Wspomnienie z lat 1963/64 z tej pięknej alei (tj. Alei
Lipowej) tkwi we mnie do dzisiaj. Kazimierski malarz
Zenon Kononowicz przez kilka dni malował jej jesienny
nastrój. Kiedy go zobaczyłem, stał ze sztalugą obok nowo
budującej się szkoły i malował rozrzucone liście. Było
przed południem. Wieczorem pani sprzątaczka zmiotła liście
na wiele kop. Drugiego dnia pan Zenon oniemiał, wręcz
wściekł się. Cały jego kolorowy motyl znikł. Biegał przez
chwilę. Po czym rozrzucił ogromną ilość kop po ulicy.
Niestety, to nie dało pożądanego efektu, do jakiego dążył
artysta. Mistrz próbował skończyć obraz malował i malował.
Nie wiem, czy kiedykolwiek go dokończył..
Pamięć Zenona Kononowicza, autora prac olejnych, rysunków,
grafik, jawi się też w opowiadaniu Ireny Sudzińskiej-Kowalczyk.
Miałam wtedy cztery lub pięć lat wspomina pani Irena.
Mieszkałam wraz z rodzicami i braćmi w pobliżu Poniatówki,
wówczas wzgórza porosłego niewielkimi zaroślami. Czereda
chłopców zamieszkujących domy przy ul. Poniatowskiego
upodobała sobie wzniesienia i chaszcze na miejsce nieustannych
zabaw. Niestety, któregoś dnia pojawił się tam dziwny
intruz, wysoki mężczyzna w berecie na głowie, starej
kurtce, z ogromnym workiem, z którego wyjmował dziwne
przyrządy i przedmioty. Natychmiast obie strony znalazły
się w tyglu prawdziwej wojny. Byłam ciekawską dziewczynką,
więc któregoś dnia, przezwyciężywszy strach, podeszłam
do nieznajomego. Zapytał mnie, czy się go boję, a potem
czy podoba mi się obraz, który maluje. Odpowiedziałam
odważnie, że budzi we mnie strach, gdyż krzyczy na moich
kolegów, a obraz zdecydowanie mi się nie podoba. Artyście
spodobała się moja szczerość i odwaga. Zaczął rozmawiać
ze mną przyjaźnie, a nawet po jakimś czasie malowałam
swoje pierwsze prace pod okiem mistrza, który z pobliskiej
Marzanny, gdzie miał lokum, wędrował często na Poniatówkę
, skąd miał piękny widok na miejskie plenery. Zaprzyjaźniwszy
się po jakimś czasie z moimi rodzicami, zaprosił mnie
do Kazimierza. Zwiedzałam więc kazimierską architektoniczną
perłę pod okiem znakomitego malarza.
Warto zapytać uczniów dawnego Liceum Technik Plastycznych,
czy zetknęli się kiedyś w Nałęczowie z Kanonem.
WDŁ
|